16 września 2016

Dlaczego obedience?

No właśnie - dlaczego?

Kiedy dowiedziałam się o istnieniu sportów kynologicznych, czyli gdzieś pod koniec 2011 roku, najbardziej zaintrygowały mnie agility i dogfrisbee, i to właśnie w tych dwóch dyscyplinach najbardziej chciałam spróbować sił swoich i swojego psa.
Dość szybko jednak okazało się, że nie będzie to takie proste jak myślałam.

Najpierw zaczęło się kombinowanie pod kątem agility. Kupiłam hopkę z zooplusa, po jakimś czasie kolejną. W skład naszego toru wchodziły też dwa tunele.
Pierwsza reakcja na hopki - "ja mam przez to skakać?". Z początku ciężko było ją w ogóle przekonać, że można skakać przez coś, co nie jest ręką, albo ewentualnie nogą Pańci ;-) ale po kilku(nastu, dziesięciu?) próbach, w końcu dała się namówić. Później z każdym kolejnym razem było już coraz łatwiej, chociaż i tak nie była przekonana co do fajności tej czynności. Za to tunel pokochała miłością wielką i wbiegała do niego przy każdej okazji.
Po jakimś czasie motywacja trochę wzrosła i psica już chętniej skakała. Wtedy narodził się pomysł biegania w klubie. Pierwszy, do którego się zgłosiłam, nie odpisywał mi na wiadomości. W drugim byłyśmy na dniu otwartym i nie do końca mi odpowiadał. W trzecim już treningi miały dojść do skutku, kiedy to Pippy zaczęła kuleć na prawą tylną łapę. Weterynarz, szybka diagnoza - rzepka. W życiu codziennym jej to nie przeszkadza, więc nie ma na razie sensu operowania, ale żeby nie pogorszyć sytuacji, zaprzestałyśmy wszelkich niepotrzebnych skoków i na tym zakończyła się nasza agilitowa kariera. 

Jeśli chodzi o frisbee - kupiłam dwa CSy Pup.
Tutaj sytuacja wygląda tak, że Pippy raczej nie bawi się zabawkami. No chyba, że bierzemy pod uwagę siedzenie w kącie i pozbywanie każdej znalezionej maskotki oczu i nosa - to jest jej specjalność ;-) ale frisbee jej się spodobało... do czasu. Później odkryła, że to kolejna fajna rzecz do gryzienia. Patrząc z perspektywy czasu - niepotrzebnie pokazałam jej talerz. Ale teraz to już i tak nieważne.
W sumie nasza przygoda z frisbee skończyła się szybciej niż się zaczęła.
Zdążyłyśmy nauczyć się pseudo-overów, które dość komicznie w jej wykonaniu wyglądały i vaultów, które zaczynały dość dobrze wyglądać. Z overami całkowicie dałam sobie spokój, bo 9 na 10 razy Pippy ląduje na tylne łapy i boję się o jej kolana, z vaultami z resztą też, chociaż te wychodziły całkiem dobrze.



Zdrowy rozsądek kazał mi odpuścić sobie skoków z psem, który ma problemy z kolanami, ale jednocześnie nie chciałam zakończyć swojej przygody ze sportami kynologicznymi, i w tym miejscu zaczęła się nasza przygoda z obi - sportem, który zawsze wydawał mi się nudny i którego nigdy nie miałam zamiaru trenować, ale jak widać, życie wybrało za mnie.
Na chwilę obecną najlepiej wychodzi nam zmiana pozycji siad-waruj, niewiele gorzej waruj-siad. Powoli zaczynamy uczyć się siad-stój - tutaj idzie nam trochę gorzej, ale już widzę postępy. Musimy też popracować nad przyklejaniem się do nogi. O aporcie nawet nie chcę myśleć, bo czuję, że to będzie nasz największy koszmar związany z tym sportem.
Do tej pory bardzo wolno posuwałyśmy się do przodu. Nasz problem polegał na tym, że rozpoczynałyśmy wiele rzeczy na raz, nie kończyłyśmy ich, a zaczynałyśmy następne. Teraz powoli zaczynam wdrażać w życie dzienniczek treningowy i mam nadzieję, że to pomoże nam brnąć do przodu - w obi, jak i nauce sztuczek.

Obedience to pierwszy sport, w którym ewidentnie widzę radość na mordce mojego psa. To NASZ sport, który obie uwielbiamy, chociaż nikt się tego nie spodziewał. Nie oczekuję, że dojdziemy do poziomu zawodów, a nawet bardzo w to wątpię, ale na pewno będziemy robić to dla siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz